|
Archiwum
Zakładki:
Call me love me
Ja w sieci
Majne libe blogen być może będzie Bogiem Blogów 2008
Nie ziewam
Zabawne?
|
niedziela, 18 stycznia 2009
Matka Boska mówi Pa Pa
Jakiś czas temu użytkownicy poczty GW mieli okazję dogłębnego zapoznania się z terminem "niekompetencja administratora". Pan admin nie zatkał jakiejś tam dziury w ustawieniach poczty i każdy z nas wysyłając maila na adres ankieta@gazeta.pl mógł podzielić się ze światem np tym, że ma fajne ciuszki polarowe do sprzedania albo że kocha cały świat. Czyli można sobie było pospamować, a rezultatem tego było 300 maili w godzinę na mojej skrzynce gazetowej... Sprawdzanie, czy aby któryś nie jest zaadresowany rzeczywiście do mnie było męczące... Dwa dni po całej sprawie GW przesłała przeprosiny do użytkowników poczty - przeprosiny zawierały jakieś mętne tłumaczenia. Niestety już następnego dnia okazało się, że są inne dziury w systemie pocztowym... I tak dostałam maila Follow The Rabit i jakieś inne od niejakiego Hieronima. No nic to. Doszłam do wniosku, że może należy złożyć się na czesne dla informatyków, by ponownie przeszli jakieś studia, bo te w Wyższej Szkole Dupy Zza Krzaka niczego w ich głowy nie wniosły. No ale ok... pominę to milczeniem. Ale! Już dnia następnego, gdy weszłam na serwis blox.pl i próbowałam skomentować wpisy od znajomych, zaczęła dziać się rzecz cudowna! Przy próbie wejścia na podstronę z komentowaniem miast logować mnie na moje konto logowało mnie na wieeele różnych nie moich kont. I tak oto miałam dostęp do paneli administracyjnych wielu blogów. Jak rozumiem, wiele osób miało dostęp do mojego konta. I to mnie właśnie zmierziło. Pal licho tego bloga, moje opluwanie rzeczywistości nie jest tak cenne jak treść drugiego bloga, którego tu prowadzę... Jak sobie wyobraziłam, że ktoś może mi skasować z nudów wszystkie moje przepisy, których publikowanie zajęło mi sporo czasu... ojojoj! Włos na głowie się jeży! W każdym razie w ramach ratowania swojego poczucia bezpieczeństwa treść tamtego bloga przeniosłam na inny serwis, a tego niniejszym zamykam. W sumie wiele się nie zmienia, bo przenoszę się tylko na inną domenę. No może zmienia się tyle, że tam takie rzeczy się adminom nie przytrafiają... Hucznie zamykam więc, umarł król, niech żyje król i zapraszam na http://www.matkaboskamaciczna.blogspot.com
ps. I tu wyjdzie ze mnie wielki moher, ale niestety od dłuższego czasu zastanawiałam się też, czy by w ogóle się gdzie indziej nie przenieść, bo publikowanie na serwisie Gazety Wyborczej to dla mnie to samo, np. publikowanie w Radiu Maryja. Jedna i druga strona to zawzięte radykalne czubki i jakoś tak nieswojo czuję się w tym towarzystwie. W każdym razie pisząc tu mam wrażenie, że niejako lubię GW - nic bardziej mylnego. Więcej nic nie napiszę, bo naobrażam kupę ludzi, a po co nam to...
sobota, 10 stycznia 2009
***
Zastanawiam się, gdzie się podziewają te wszystkie gile, które wydmuchuję co chwila z nosa. Bo jeśli w głowie, to nie mam mózgu, tylko gile. To nie podnosi mnie na duchu. Jestem chora, chorsza, trup, nieboszczyk, a na dworze jest bry. Boli mnie też prawy łokieć. Zrobiłam enneagram po raz drugi w swoim życiu i przez kilka lat przekształciłam się z typu 4 w 5 - indywidualistka na 5 w 6 - obserwatorka z tendencjami do wariactwa. Ale w sumie to bardzo siebie lubię, nawet jako psychopatkę.
piątek, 09 stycznia 2009
***
Zrobiłam sobie test, w jakim stopniu mam osobowość psychopatyczną i wyszło mi, że aż w 56 %. Właściwie to się zgadza, dziś znów mi się śnił dawny przyjaciel, stara miłość nie rdzewieje. Męczą mnie te sny strasznie, śnią się ot tak, nie mam na to żadnego wpływu, a po każdym takim jestem rozwalona. Ile jeszcze lat będzie mi się śnił? Jeszcze może 10, a może do końca. Chociaż ten sen był zabawny, a i jakże metaforyczny. Właściwie to każdy był metaforyczny. Siedziałam z Krzysiem ściśnięta na dwuosobowej kanapie, naprzeciw siedziała mama dawnego przyjaciela wraz z moimi rodzicami, po lewej na dużym fotelu siedział on. I patrzył na mnie w taki zabawny sposób, jak mój pies, który słyszy nowy dla siebie dźwięk i przekrzywia głowę - jak by jej to miało pomóc w zrozumieniu nowego... I patrzył tak i się uśmiechał, ja byłam potwornie zestresowana i biegałam do kibla, trzeba wspomnieć, że miałam okropną sraczkę i bałam się, że ktoś usłyszy moje pierdzenie. Ha... ;) Mam siano w głowie. A wiecie, skąd się biorą głupie pomysły? Bo jak się człowiek wstrzymuje z puszczeniem bąka, to te bąki idą w górę, do głowy i... ;)
poniedziałek, 05 stycznia 2009
***
Czekam spokojnie w zaciszu swojej lekko popeerelowskiej chatynki na wojnę. Albo zarazę. Albo jedno i drugie. I niech wszystkich chuj strzeli. Potrzebne jest nam oczyszczenie. Samo się nie zrobi. Każdy debil może teraz wymagać szacunku do siebie, bo przecież jest człowiekieeeem. A tak - sprawa prosta. Jak się ludzi stawia w obliczu globalnego zagrożenia, to wyłazi z nich ten człowiek. Ten śmierdzący bydlun z kręgosłupem pantofelka. Trzeba będzie walczyć o swoją dupę, to się powybijają. Zeżrą się. Może i mnie zeżrą przy okazji, ale przynajmniej będę mogła sobie powiedzieć: tak tak Marto droga, miałaś rację, ha ha, miałaś oj miałaś. Taka wielka ciężka tłusta czarna kropka nad i. Poza tym wszystko u mnie dobrze, księżyć w połowie, mam owulację, rozmowy z samcami zaczynam od zdania "milcz bezowulacyjna istoto!" :) A aaa aaa, kotki dwa. Ciekawe, czy dziś zasnę. Wata w uszach nie spełnia swojego zadania, koty moje koreczki pożarły. Siostra zerwała kontakt z dilerem, zielska nie będzie, pozostaje mi wizyta u Białej Śmierci w Ośrodku Zdrowia w mojej wsi - recepty na proszki na sen wypisują jak na cukierki. Ciekawe na co jeszcze tak wypisują :)
sobota, 03 stycznia 2009
***
Wszystko mnie wkurwia. Wszystko, co widzę, mój wewnętrzny narrator kwituje zdaniem "a chuj z tym" albo "gówno". Nie podziwiam niczego ani nikogo. W każdym widzę zawsze jedną, okropną cechę, która nie pozwala mi go polubić, wciągnąć w swoje życie. Wszystko to bicie piany na chudym mleczku. Kiedy wracałam z imprezy sylwestrowej, spóźniłam się na ostatni nocny na swoje zadupie. I czekałam do 5 rano, czyli ponad godzinę na pociąg na zawszałym, zaszczanym dworcu Wileńskim. I nie widziałam ANI JEDNEJ normalniej twarzy wśród współczekajacych. Albo coś mam z mózgiem, ale ludzie cofają się w ewolucji do poziomu małp. Ich twarze - porozciągane w małpich grymasach, oczy bezmyślne, łby wygolone - myślą nieskalane. Panienki ubrane jak tirówki, białe kozaczki i szorty, różowe opaski, cekiny, złote kurtki, mysie odrosty, żółte rozdwojone końcówki, obdarte od roboty tipsy. Czasami mam wrażenie, że moje koty i pies razem wzięte mają bogatsze życie wewnętrzne od takiego delikwenta. Brat oświadczył się swojej dziewczynie. Dziewczyny nikt w mojej rodzinie nie toleruje. Wszyscy siedzą cicho i nic złego głośno o niej nie mówią - byle tylko mój brat nie wpadł na pomysł zerwania z nami kontaktów. Super. Małżon zażartował, że bratowa ma może jednak jakieś ukryte dobre cechy, o których nie wiemy, następnie zarechotał i rechotał tak dłuższy czas. Zastanawiam się, jakie dzieci mogą wychować tacy ludzie jak mój brat i jego dziewczyna. Dwa lata temu wzięli kotka do domu. Kot, jak to mały kot, miewał pierdolczyki i biegał jak szalony po mieszkaniu. Wiec wyrzucili go z domu, bo bratowa doszła do wniosku, że to kot z defektem. Jak wiadomo, normalny kot powinien leżeć i mruczeć, nie chorować, nie przeszkadzać i przede wszystkim słodko wyglądać. Wyrzucili tego kota pod parkan osoby, która jest znana z tego, że przygarnie wszystko, co pod jej parkanem się znajdzie. Nie wpadli jednak na wspaniały pomysł, by poszukać chociaż tydzień nowego właściciela dla tego malucha. Albo że nawet jeśli podrzucą kota pod dom dobrej duszy, to ta dobra dusza może go nie zobaczyć... Dzień przed sylwestrem łaziły takie gówniarze po mojej ulicy. Od wigilii cały czas napieprzały tu petardy. Pies zaczął sypiać pod wanną. I wiecie, co gówniarze robili? Rzucali w psy mieszkające na podwórkach takimi malutkimi petardkami, co robią dużo hałasu. RZUCALI W PSY! Zatkało mnie. Nie umiałam zareagować stanowczo. Powinnam pójść za gówiarzami do ich domów i naskarżyć ich rodzicom. Powtykać im te kapiszony do dup. Na nowy rok nie mam żadnych postanowień. Wezmę wszystko z całym dobrodziejstwem inwentarza. Mam słomiany zapał, więc niczego nie zakładam, bo niepotrzebnie się sfrustruję. Za dobrze się znam, by planować coś wielkiego z dokładnością matematyczną.
czwartek, 01 stycznia 2009
całkiem zwykły, normalny Sylwester...
A to szanowny małżonek, kreacja mojeg autorstwa. Suknia szyta wśród co i rusz rzucanych w powietrze słów niecenzuralnych - krawcowa ze mnie mierna... Na gorseciku ma sok z buraków :)) A... no i jak ładnie tańczy :) To zdjęcie możecie pokazywać swoim dzieciom, gdy będą niegrzeczne ;) Siostra Pavulon postanowiła zbadać trupka :) A teraz drogie dzieci Ciocia Marta udaje się do sypialni, bo jej żołądek przyjął postać zaciśniętą. Dziś się czuję tak, jak wczoraj wyglądałam...
poniedziałek, 29 grudnia 2008
Przebieranki
Wczoraj na wieść o tym, że sylwester gdzieś na dalekiej Ochocie jest przebierany, postanowiłam zostać martwą prostytutką. Dziś za to złagodziłam pierwsze plany i wyszło na to, że chcę być martwą panną młodą, a kiecka przyda się do zrobienia niewielkiej sesji mojej skromnej osoby. Odwiedziłam kilka lumpeksów i niestety wszystkie kiecki były na mnie za małe. I w obliczu dzisiejszej emocji, która podyktowała mi chęć bycia uśmierconą niedoszłą żoną, bycie martwą kurwą już mnie jakoś nie cieszy. No i siedzę teraz trochę wkurwiona na swoją wielką klatkę piersiową, bo to właśnie ona jest winowajczynią. Źle mnie pokroili, jak byłam malutka i urosła mi taka trochę wielka klata. Żeby jeszcze wielkie cycki, ale nie! Cycki niejeden facet w Polsce ma większe ode mnie. Właściwie to nie mam cycków. Mam imponująco wystające żebra, zwłaszcza jedno. Wiecie może, jak pomalować sobie twarz na biało? Mąka szybko się zetrze? Białego pudru chyba nie produkują, w każdym razie w zwykłych drogeriach dostępny nie jest, a kredek do malowania twarzy na swojej wsi nie znalazłam, na głowę zaś nie upadłam, by jechać po nie do Wielkiego Miasta. No i chyba jednak pozostaje mi martwa bladź. Krzysia zaś przebiorę za martwą baletnicę. Kupiłam już mu nawet w lumpie białe pantalony z materiału podobnego do takiego przecieradłowego, będzie wyglądał niczym skrzyżowanie Haidi z gór, na to włożymy mu halki różnorakie... hmmm.... coś mi się to wszystko kupy nie trzyma. W każdym razie będziemy wyglądać dziwnie. I dialog dzisiejszy mój w sklepie z ciuchami... ach :) - Dzień dobry, ma pani może białe rajstopki? - Oczywiście. Na panią? - Nieee, na męża :D Chwila konsternacji... i powoli zadane pytania o wymiary małżona :)) Już ja widzę te jego włochate nogi w białych rajstopkach. Hu hu :) A wracając do lumpeksów... czasami znajduję w nich maskotki. I to chyba pierwsze objawy wtórnego zdziecinnienia, bo niestety je kupuję. Nie, to nic drogiego. Za Pana Prosiaka zapłaciłam dziś 2,5 zł. Jest boski. A Pana Kota kupiłam pół roku temu za złotówę ;) Siedzi na kredensie w kuchni.
niedziela, 28 grudnia 2008
dialogi rodzinne
Scena I Występują: Ja, Krzyś (małżon) Krzyś czule nachyla się nad moim karkiem. Szepcze... - Jak się czujesz skarbie? - Dobrze. Krzyś mówi: - Dobrze, zażartowała Marta. :) Scena II: Krzyś wstaje z rana o 12. Przeciąga się, patrzy w okno... - Piękna pogoda. - No. - Trzeba wreszcie wyjść z domu, taka piękna. - Nie trzeba, widzisz ją też z domu. - No racja. Ale żeby jeszcze tak śnieg pierdolnął. Ja, niedosłysząca: - Co zrobił śnieg? - Pierdolnął. Jakie to polskie. Jak w tym dowcipie. Rosjanin, Niemiec i Polak pojechali razem w góry. Wstali rano, wyszli na taras widokowy. Rosjanin mówi: kak pierkrasnoje! Niemiec mówi: wunderbar! A Polak: o kurwa, ja pierdolę! :) Scena III: Rozmawiam z Wiktorem na gg. Wiktor nawiązuje do zblizającej się imprezy sylwestrowej, na którą idziemy razem. Wiktor nagle wytacza: - A bym już zapomniał, sylwester będzie zorganizowany pod kątem balu przebierańców. - Dobrze że mówisz, to co prawda kilka dni, ale coś wymyślę. - Już wiem, przebiorę się za kurwę. - Ale to w klimacie horroru ma być. - A, to szkoda. - Może przebierz się za martwą kurwę? - Tak, a Krzysia przebierzemy za martwego klechę. W tym kraju wiele osób ucieszyłoby jego przebranie :)
środa, 24 grudnia 2008
***
Jak to dobrze, że telewizja publiczna co roku podaje nam to samo na święta. Dzięki temu mogłam sobie przypomnieć, jak szalenie podobał mi się wiersz czytany podczas pogrzebu przez kochanka w załobie w filmie Cztery Wesela i Pogrzeb. Nieodmiennie, od wielu lat, ryczę jak głupia przy tej scenie. Wyobraźcie to sobie: Zatrzymajcie zegary, wyłączcie telefony, *W.H. Auden
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Święta święta!
Strrrasznie nie lubię wpisów z filmami z youtube, ale kilka piosenek o świętach niestety jest w stanie wyrazić dużo duuuuużo więcej, niż moja pisanina :) Wczujcie się w to, co lubię najbardziej i gdzieś po światłowodach poczujcie życzenia świąteczne ode mnie. Ściskam więc i tulę, oczywiście tylko tych, co mnie lubią. Tych co mnie nie lubią uprzejmie z okazji świąt omijam :) Ludzki Pan... Oczywiście nie może się obejść bez Ahmeda Terrorysty :))) Ach i Karp - wersja numer jeden - niezwykła :)
wtorek, 02 grudnia 2008
***
Czeka mnie kolejna operacja. Łiiiii!!! Już wiem, dlaczego boli mnie piekielnie kość ogonowa. Za dużo mi się schudło i między skórą a kością nie mam żadnej normalnej tkanki. Mięśni, tłuszczu, nic. Mam pół centymetra skóry i kość. Do piątku dostanę odpowiedź, czy trzeba mi obciąć kość ogonową czy może tylko wszczepią mi silikon w dupsko. Dowiedziałam się też, że nie mogę zajść sobie w ciążę ot tak, bo najpierw muszę coś zrobić ze swoją hipoglikemią poresekcyjną. Co jeszcze mnie czeka? Ile jeszcze operacji? Mam dość. Gdybym urodziła się 200 lat temu, już dawno byłabym martwa. ***
Tak długo już mi się nie śniłeś. Płynąłeś kajakiem przez kanał wchodzący do mojego ukochanego jeziora. Szłam brzegiem i obserwowałam cię. Odezwałam się pierwsza. Znów usłyszałam, że muszę poczekać na spotkanie. Pamiętam, jak spocząłeś na stromym trawiastym brzegu jeziora i czekałeś na noc, którą przeznaczyłeś na nasze spotkanie. Leżałeś na brzegu, stopy oparłeś o pień ogromnego drzewa, żułeś trawkę - taki beztroski. I czekaliśmy do nocy na spotkanie, a gdy przyszła noc, była tak ciemna, że nie mogliśmy się znaleźć. W nocy czarnej jak smoła słyszałam twoje instrukcje, gdzie mam iść, gdzie się skierować, nie mogłam cię odnaleźć. Parłam jednak przed siebie, bo byłeś tuż tuż, blisko, tuż za czarną kotarą. Nie dotarłam. Nie dotknęłam twojej twarzy, jak zresztą w każdym ze snów, w kórych się pojawiasz. Zawsze jesteś obok, prawie na wyciągnięcie ręki, ale zawsze 10 centymetrów od opuszków moich palców. Chciałabym, byś przestał mi się śnić. Każdego dnia pojawia się we mnie jakaś myśl o tobie. Od początku nie było dnia bez ciebie, chociaż nienamacalnie, a jednak. Wyjdź z mojej głowy, jestem zmęczona twoim naznaczeniem mnie. Śniłeś mi się tak wyraźnie, że pewnie jak zwykle znaczy to, że jesteś w Warszawie. Chciałabym, byś został na zawsze w innym kraju, większy dystans w kilometrach pozwala mi odetchnąć. Bronię się przed tobą jak mogę, a i tak bombardujesz mnie sobą. Jestem zmęczona, zniknij proszę.
niedziela, 30 listopada 2008
Rudu de kat
W mojej nowej kuchni koty znalazły sobie nowe miejsce do spania. Rudu na ten przykład polega dość często na samym środku stołu. Oczywiście to a fe i niehigienicznie. Strasznie mi się to zdjęcie spodobało :)
piątek, 21 listopada 2008
***
Dziś napiszę z całego serca pozytywnie. Jest piątek, zbliża się weekend, nic znów nie będę robić, nic nie będę musiała robić. To bardzo pozytywna myśl, prawda? I nawet mroźne powietrze pachnie jakoś przyjaźniej, nie jest wypełnione milionami kilometrów przestrzeni obcości, rozjaśnia głowę pełną papierosowego dymu. Koty młode sztuk cztery dziś pierwszy raz nieśmiało opuściły legowisko, stawiają pierwsze kroki. Muszę zmienić pracę, nie umiem pracować na etat, od do, duszę się. Marzę o swojej firmie, czy ktoś ma pożyczyć na mały procent ok. 150 000 zł? :)
piątek, 14 listopada 2008
***
Obiecałam napisać coś pozytywnego, tak? To proszę. Nie dałam sobie rady sama z malowaniem domu, więc jednak zatrudniłam malarza. Sama osoba pana malarza to materiał na osobny, rozpasany wątek. A więc malarz pomalował tak, jak chciałam, wreszcie nie mam w domu okropnych pastelowych kolorów ścian. W salonie rzuciłam karmazyn, w kuchni ciemną śliwkę, w przedpokoju i na klatce schodowej taki przemysłowy, trochę betoniasty kolor, w łazience zaś brudny, barrrdzo brudny róż. I jest ładnie. I nie trzeba mieć prostych, pociągniętych gładzią ścian, by ciemne kolory wyglądały przyzwoicie. Zubożyłam się o 1000 zł na oświetlenie, bo najtańsze lampy z papieru ryżowego, po 3,99 zł z Ikea, zostały poważnie obsrane przez muchy. Dwa lata to wystarczająca ilość czasu na życie tych lamp. Mój dom wygląda coraz mnie prowizorycznie. Dalej jest taką miłą chatynką, ale powoli rosną mu ręce i nogi. No i tak napędzałam się na to malowanie domu jako akt ostateczny remontu. I tak napędzałam, napędzałam, marzyłam, śniłam o czystych ścianach, mając wrażenie, że gdy wreszcie będą, jakie chcę, odetchnę, uśmiechnę się, a z mojego życia zniknie pustka. Z efektu cieszyłam się przysłowiowe 5 minut. Posprzątałam, usiadłam, popatrzyłam i ból dupy werterowski wrócił bez sensu. Kiedy znów wpadnę na pomysł wypełniania swojego życia spełnieniem celów materialnych, otworzę sobie tę notatkę i przeczytam jak modlitwę. Marta, buduj dom w sobie, nie wokół siebie. Jestem jak pani Dalloway. Celebruję rzeczy nieważne mając wrażenie, że buduję rzecz ważną, że złożone do kupy dadzą pełnię. Nie dają. Doszłam do wniosku, że nie dam rady długo życ normalnie żywiąc się energią, którą sama produkuję. Ludzie to chyba takie istoty, które są w jakimś sensie całościowo zamkniętym kręgiem. Każdy od kogoś bierze energię, ktoś inny bierze ją od niej i tak dalej. A ja biorę ją od siebie, daję ją rzeczom martwym, z racji tego, że raczej nie widuję nikogo poza małżonem i matką. Małżon jest klapnięty emocjonalnie, mama ma problemy, a ja nie umiem znaleźć studni z dobrą energią. To wymaga wyjścia do ludzi. A ja nie umiem. Zagalopowałam się z tą swoją izolacją i sama już nie wiem, co jest dla mnie dobre, a co złe. Wiem tylko, że czegoś mi brakuje. Muszę wyjść, chociaż to boli. Ludzie drażnią, ale wyjście zwiększa prawdopodobieństwo spotkania dobrych emocji. |